Grudzień, grudniem, ale plaża nadal otwarta. Na weekend, jak zwykle, zjechało się dużo Hiszpanów to i zumba na plaży się pojawiła. Zawsze można zrzucić kilkaset kalorii przed świątecznym obżarstwem.
niedziela, 8 grudnia 2019
piątek, 6 grudnia 2019
Mikołajki
Dziś Hiszpanie obchodzą Dzień Konstytucji, a w Torrevieja na wielkim placu rynkowym mieszkańcy miasta i okolic dodatkowo obchodzili Święto Paelli - czyli konkurs na najlepszą paellę w mieście.
A oto przepis na narodowe hiszpańskie danie.
1. Nastaw się na dobrą zabawę.
2. Zarezerwuj miejsce na placu i zgłoś swoją grupę do konkursu.
3. Skrzyknij grupę znajomych, ciotek, wujków czy sąsiadów.
4. Przygotuj nazwę czy logo grupy
A oto przepis na narodowe hiszpańskie danie.
1. Nastaw się na dobrą zabawę.
2. Zarezerwuj miejsce na placu i zgłoś swoją grupę do konkursu.
3. Skrzyknij grupę znajomych, ciotek, wujków czy sąsiadów.
4. Przygotuj nazwę czy logo grupy
5. Ugotuj paellę najlepszą jaką umiesz.
6. Poczekaj na werdykt sędziów i.... do następnego roku.
Pochodziliśmy sobie pomiędzy stanowiskami, nawąchaliśmy się zapachów i nauczyliśmy się, że są dwa rodzaje paelli: mięsna i morska. Mięsna jest przeważnie z kurczaka, a w morskiej to można znaleźć krewetki, kalmary i inne muszle.
Zenek się ucieszył, bo na jednym stanowisku gotowała się mięsna "paella" z makaronem kolanka.
To chyba jakiś Włoch naturalizowany w Hiszpanii przypomniał sobie o kraju pochodzenia i postanowił połączyć paellową technikę do gotowania makaronu.
Największe wrażenie zrobiła na nas wielkość paelli ugotowanej dla gapiów. Myśleliśmy, że się załapiemy, ale ludzie stojący w kolejce mieli jakieś kupony, a nie byliśmy aż na tyle zdesperowani, by się dopytywać gdzie te kupony rozdają.
Smacznego!!!!
czwartek, 5 grudnia 2019
Po trzech dniach ciężkiego deszczu znów mamy słoneczną pogodę i ciepło. Wichura wyrządziła kilka szkód sąsiadom, którzy niezbyt solidnie umocowali przedsionki i parawany. Dziś wszyscy gremialnie wylegli z kamperów i przyczep i sprzątają opadłe liście, dobijają śledzie, a niektórzy powrócili do opalania się.
niedziela, 1 grudnia 2019
Prognozy pogody zapowiadają deszcze i silne wiatry od poniedziałku - to będziemy sztormować. A póki co to to mieliśmy ciepły weekend.
W piątek pojechaliśmy do Torrevieja na rynek i trochę poszaleliśmy z zakupami. Kupiliśmy śliwki i pomarańcze, pietruchę, jamon i przepyszną kiełbaskę, taką do podgryzania i o wiele lepszą niż chorizo. Ale najlepszym zakupem były oliwki z czosnkiem, kolendrą i pewnie z innymi ziołami, ale trudno powiedzieć jakimi.
W piątek pojechaliśmy do Torrevieja na rynek i trochę poszaleliśmy z zakupami. Kupiliśmy śliwki i pomarańcze, pietruchę, jamon i przepyszną kiełbaskę, taką do podgryzania i o wiele lepszą niż chorizo. Ale najlepszym zakupem były oliwki z czosnkiem, kolendrą i pewnie z innymi ziołami, ale trudno powiedzieć jakimi.
Zenek generalnie odmawia jedzenia oliwek, ale te to wyjada prosto z pudełka.
Dziś do południa pojechaliśmy na pobliski pchli targ - głównie pospacerować sobie i pooglądać czym ludzie handlują. Co ciekawe handlują nie tylko Hiszpanie, a także Anglicy mieszkający w okolicach. Można kupić ciuchy, książki, szkło i porcelanę - wszystko z drugiego obiegu. Są też meble, biżuteria, zabawki, kapelusze i skórzane kamizelki. Więcej było oglądających niż kupujących, ale też towar był taki sobie.
piątek, 29 listopada 2019
Salinas
My znów mamy lato, więc Was trochę podenerwuję słonecznymi widokami.
Na początku tygodnia na kempingu zameldował się Helmut z Isą - para niemieckich kamperowiczów, których poznaliśmy w zeszłym roku w Bolnuevo. Oni przez ponad dwa tygodnie podróżowali przez Francję i Hiszpanię, ale od północnej strony, więc załapali się na zimno i śnieg. Za to my powitaliśmy ich ciepłem i słońcem, tak więc teraz się wygrzewają. Na czwartek zaplanowaliśmy sobie wycieczkę rowerową do Salinas de San Pedro.
Najpierw pojechaliśmy pooglądać bardzo fotograficzne młyny, a potem jeszcze odwiedziliśmy znajomych Helmuta i Isy i razem wyszło nam 38 km deptania (te 21,3 km to tylko droga tam, a potem było jeszcze z powrotem).
Na początku tygodnia na kempingu zameldował się Helmut z Isą - para niemieckich kamperowiczów, których poznaliśmy w zeszłym roku w Bolnuevo. Oni przez ponad dwa tygodnie podróżowali przez Francję i Hiszpanię, ale od północnej strony, więc załapali się na zimno i śnieg. Za to my powitaliśmy ich ciepłem i słońcem, tak więc teraz się wygrzewają. Na czwartek zaplanowaliśmy sobie wycieczkę rowerową do Salinas de San Pedro.
Najpierw pojechaliśmy pooglądać bardzo fotograficzne młyny, a potem jeszcze odwiedziliśmy znajomych Helmuta i Isy i razem wyszło nam 38 km deptania (te 21,3 km to tylko droga tam, a potem było jeszcze z powrotem).
Ale po kolei. Na początek wojsko hiszpańskie. Biedaki maszerowali z pełnym ekwipunkiem, nawet jakieś karabiny ze sobą targali. Dla pewności spytałam, czy można zrobić fotkę, bo a nuż zastrzelą.
Tu na mapce, gdzie schodzą się trzy drogi stoi pierwszy z tych młynów i nazywa się Molino de Quintin. Wbrew nazwie te młyny nic nie mieliły, a miały za zadanie transportować wodę z morza do niecek odparowujących, czyli salinas. Z tego co piszą w sieci, to pracowały aż do lat 70-tych ubiegłego wieku, a teraz używają pomp elektrycznych.
Młyn niestety był odgrodzony i nie można było zobaczyć co ma w środku i oczywiście brakuje mu żagli, a widać tylko tyczki. Żagle były szyte przez miejscowych rybaków i wyglądały tak (zdjęcie z sieci).
Potem pojechaliśmy aż na koniec półwyspu,
mijając po drodze stada flamingów i innych kaczek. Jest tylko zdjęcie czapli i flamingów, bo kaczek z wiadomych względów nie ma.
Drugi z młynów nazywa się Molino de Calcetera (ładne zdjęcie, prawda?)
I dodatkowo widoczek wiecznie młodego Zenka i starej chaty rybackiej w środku laguny.
Następnie ruszyliśmy brzegiem Mar Menor do Camper Park La Ribera - typowy stellplatz, ale z infrastrukturą. O dziwo cały był zapełniony, a znajomy Helmuta powiedział, że w połowie grudnia muszą się wynieść, bo ich miejsce jest zarezerwowane.
Chyba bym nie chciała stać tam dłużej niż 2-3 noce, ale o gustach się nie dyskutuje. Cena z dobę też nie jest zbyt niska, bo 9 EU + 2 lub 3 EU za prąd daje kwotę porównywalną z ceną za normalny kemping.
Wracając zatrzymaliśmy się na pyszny obiadek w takich okolicznościach przyrody.
Zenek cieszył się z wielkiego kawałka pieczeni, a ja wzięłam sobie doradę pieczoną w soli.
Na deser po obiedzie mieliśmy pokazy samolotów latających w szyku. Obok tego Camper Parku jest lotnisko wojskowe i wczoraj przez cały dzień latały nam nad głowami odrzutowce, a po południu dały pokaz synchronicznego latania w piątkę i siódemkę.
A jak wróciliśmy na kemping to już nic nam się nie chciało, oprócz pysznej gorącej herbatki, bo pod wieczór troszkę się ochłodziło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



