niedziela, 15 maja 2016

W najbliższym tygodniu nie będzie leniuchowania, bo mamy w okolicy jest mnóstwo do zwiedzania. Wczoraj zainstalowaliśmy się na kampingu Vale Paraiso 3trzy i pół km od miasteczka Nazare i dziś zrobiliśmy sobie do niego wycieczkę. Początki były bardzo fajne, bo do morza było z górki  (kamping jest na wys. 145 m.n.p.m) - fajnie się jechało, choć już wtedy z lekkim niepokojem myślałam o powrocie. Tak wyglądają wszystkie prostopadłe do plaży ulice i tylko te równoległe nie są "pod górkę".
Ale warto było, bo miasteczko jest bardzo urokliwe i ma przepiękne plaże, szerokie i pełne żółciutkiego piasku.
Na plaży natrafiliśmy na wystawę tradycyjnych łodzi rybackich 
oraz zapoznaliśmy się z miejscową metodą suszenia ryb.
Rybki są patroszone i rozkładane na metalowe siatki i schną sobie na słońcu i wietrze. Można je było kupić, ale coś chętnych wśród turystów nie było. Były nawet suszone ośmiornice - zastanawiałam się czy nie kupić przypadkiem dla nowej ekipy, by nie zazdrościła tej starej (hihihi).
Potem pojeździliśmy po wąskich uliczkach podziwiając fasady niektórych domów i ......wiszące pranie. W niektórych uliczkach intensywnie pachniało mydłem i wygląda na to, że niedziela jest tradycyjnym dniem prania.
Ale w niektórych uliczkach pachniało grillowanymi rybkami, więc skusiliśmy się na pysznego dorsza
"bacalhau a casa" z ziemniaczkami - popatrzcie.
Starsze tubylcze kobitki chodzą ubrane w tradycyjne stroje: spódnica (tradycyjnie to było aż 7 flanelowych spódnic), haftowany fartuch, dziergana pelerynka i chusta. Nie miałam śmiałości zrobić Pani zdjęcia z przodu, więc jest tylko z tyłu. Pewnie mają dość nachalnych turystów z aparatami fotograficznymi.
Miasteczko jest bardzo zróżnicowane, są ładnie odnowione domy, ale też trafiają się takie wołające o bogatego właściciela.
Postanowiliśmy skorzystać z kolejki, by dostać się do górnej części miasteczka.
Widoki z klifu były fantastyczne - całe Nazare jak na dłoni!

Na klifie stoi maleńka kapliczka z ciekawą historią tłumaczącą nazwę miasteczka.
W VIII wieku w okolice miasteczka przybył mnich z figurką Czarnej Madonny z Nazaretu. Został pustelnikiem i zamieszkał w grocie na klifie. Po śmierci został tam pochowany, a figurka Matki Boskiej postawiono na jego grobie. Wg legendy figurka uratowała życie Templariuszowi, który zapędził się z te okolice w pogoni za jeleniem i gdy okolicę pokryła mgła, o mało co nie spadł do oceanu. Na pamiątkę cudu postawił kapliczkę. Dziś nikt na koniach nie galopuje, więc ostrzeżenia przed wylądowaniem w oceanie dotyczą mechanicznych rumaków.
Potem pojechaliśmy do Forte de Sao Miguel Arcanjo, zbudowanego w XVI wieku, który służył do obrony przed piratami, a dziś jest chętnie odwiedzany dla pięknych widoków. Fort stoi na cyplu z trzech stron otoczony oceanem.
A ocean jest w tym miejscu bardzo sławny, bo generuje największe fale na świecie.
Dziś niestety fal nie było ale jak kto ciekawy to sobie może pooglądać np:
https://www.youtube.com/watch?v=awjMSjic268
Ja zrobiłam  zdjęcia zdjęć, które wisiały w jednej z sal wystawowych
Sprawcą tak wielkich fal jest Kanion Nazare głęboki aż na 2 km.
Sfotografowałam model dna oceanu; cypel pośrodku zdjęcia to miejsce, gdzie stoi fort.
I na koniec plaża północna, ta na której lądują surferzy.
Powrót był koszmarny, zasapaliśmy się pomimo silników, ale daliśmy radę.
Jutro jedziemy do Fatimy.

sobota, 14 maja 2016

Wreszcie pogoda się poprawiła i znów możemy wygrzewać się na słoneczku. Pojeździliśmy też wzdłuż wybrzeża w okolicach Milfontes. Jest tu dużo ładnych piaszczystych plaż okolonych skałami. Do plaży tylko trzeba zejść z dość wysokich wydm.
  W jednej zatoczce wypatrzyliśmy wrak jakiejś łajby - leży tu chyba już od dłuższego czasu, bo cała jest skorodowana
ale śruba wygląda na nową.
Gdyby to było u nas w kraju, to złomiarze dawno by już zawieźli wrak do punktu skupu.
Przed fortem stoi pomnik poświęcony dzielnym pilotom, którzy w 1924 roku dolecieli aż do Macau.
Macau było pierwszą kolonią europejską na terenie Chin - założono ją w 1535 roku, gdy kupcom portugalskim pozwolono cumować w porcie Makau, a potem wybudowali magazyny i pierwsze domy i tak zostało aż do 1974, gdy nowy rząd portugalski (po obaleniu dyktatury) postanowił zrzec się wszystkich zamorskich posiadłości. Ale miasto było jeszcze w rękach portugalskich jako "chińskie terytorium pod rządami portugalskimi" do 1999.
Okazuje się, że maleńka Portuglia była bardzo aktywna w zdobywaniu nowych terytoriów. Fajnie opisuje to wikipedia - link dla ciekawych.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Portugalskie_imperium_kolonialne

A dziś przejechaliśmy 300 km dalej na północ, z czego chyba z 60 km było po "drodze śmierci"
Takie oto plakaty zawieszone na przydrożnych drzewach informowały kierowców o niebezpieczeństwie. Droga była strasznie wyboista, choć my nie byliśmy zbyt zszokowani, bo niedawno przecież u nas też większość dróg była tej jakości. Ale za to była bardzo malownicza, bo przy poboczach rosły przepiękne pinie i właśnie korzenie pinii  zdewastowały część nawierzchni drogi.
Mijaliśmy także plantacje dębów korkowych i jak pisałam w zeszłym roku, Portugalia jest potentatem korkowym na świecie: 30% areału lasów korkowych, 50% światowej produkcji i 65% przemysłu wyrobów korkowych. Dwa zdjęcia z sieci, bo nie udało mi się zrobić własnych - zdejmowanie kory i jej suszenie
Plantacje drzew to inwestycja na lata, bo drzewa można okradać gdy mają co najmniej 60 cm w obwodzie i tylko raz na 9 lat. Przez pierwsze 20 lat zysk jest niewielki, drzewo 60 letnie daje ok. 65 kg korka, a 80 letnie już 230 kg.

środa, 11 maja 2016

Następny nasz postój to miasteczko o dźwięcznej nazwie Vila Nova de Milfontes. Kemping jest położony prawie w środku miasteczka, ale o tej porze jest tu spokojnie. Pogoda nam się tylko zepsuła i od tygodnia mamy na przemian deszcz, a potem trochę słońca i znów deszcz. W nocy fajnie się śpi, jak deszczyk bębni o dach samochodu, ale w dzień to mamy trochę gimnastyki z chowaniem krzeseł i stolików pod markizę gdy pada. Wczoraj pojechaliśmy na krótki rekonesans pomiędzy opadami i mam kilka zdjęć:
rzeźba z ronda na cyplu - nazywa się Utopia
Fort św. Klementa, niestety zamknięty i widok na rzekę Mira po której kursują taksówki wodne wożące ludzi na plażę na drugi brzeg, gdzie są ładne plaże.
Może jutro będzie mniej deszczu, to sobie trochę pojeździmy po okolicy.

wtorek, 3 maja 2016

Luz koło Lagos, Portugalia

Następny postój to okolice miasteczka Luz niedaleko Lagos. Ruszyliśmy się, by pojeździć rowerkami po okolicy i mam trochę zdjęć.
Domy są wszystkie pomalowane na biało i naprawdę wyglądają niesamowicie w słońcu, na tle zieleni i błękitnego nieba.
Wypatrzyliśmy niesamowitą willę, taką nietypową, bo całe współczesne budownictwo jest trochę stylizowane na stare i stylowe, a tu bryła całkiem nie portugalska.
i dwa detale, które udało mi się zrobić zza wysokiego płota.
I jeszcze jeden dom, ten z kolei wykończony ceramicznymi kaflami
Część plaży w miasteczku jest kamienista (po prawej widać resztki fortu obronnego, dziś zaadaptowanego na restaurację)
i trzeba uważać by nie wpaść w dziurę, a po odpływie można sobie soli naskrobać do obiadu
A na koniec Zenek na tle piaszczystej plaży i pióropusz fali rozbijającej się na skałach.