Chodząc po Pompejach nieustannie odczuwaliśmy zadziwienie nad tym miastem duchów. Ulice były takie same jak 2 tysiące lat wcześniej, domy choć zniszczone dobrze pokazywały życie jakie tam płynęło. Dziś będzie trochę zdjęć z różnych dziedzin życia. Na początek mozaiki - najładniejsza z Aleksandrem Wielkim kolorowa i pełna szczegółów
oraz te w zasadzie dwukolorowe, ale za to spotykane w każdym domu. Obserwowaliśmy panią konserwatorkę, która pracowała nad jedną z nich, pracowicie oczyszczając każdą fugę i konserwując całość jakimś płynem - benedyktyńska robota!Trafiliśmy też do dzielnicy sklepów. Były to przeważnie małe pomieszczenia z dostępem tylko od ulicy. Charakterystyczny próg sugerował, że te sklepy były zamykane czymś w rodzaju drzwi harmonijkowych lub przesuwnych.Na prawie każdym rogu ulicy można było napotkać bary-restauracje-fast foody. Choć chyba raczej fast foody, bo brak było miejsca na jakiekolwiek stoliki. Rzymska nazwa na te jadłodajnie to thermopolia - nazwa z greckiego języka termos - ciepły i poleo - sprzedawać. Ponoć w całych Pompejach było około 80 takich barów.
Były też domy, które były warsztatami rzemieślniczymi. Na pewno łatwo jest rozpoznać piekarnie, bo miały żarna do produkcji mąki i piece do wypiekania chleba.
Te mini młyny są zrobione ze skały lawowej, której w okolicy było bardzo dużo, a konstrukcja jest tożsama z budową podobnych urządzeń na całym świecie. W całych Pompejach było 36 piekarni, a my trafiliśmy do kilku.Były też pomieszczenia, które mogły by być pralniami lub służyć do farbowania tkanin. Duże metalowe kotły z możliwością rozpalenia ogniska pod spodem.Z miejsc publicznych bardzo ważne były łaźnie. Bogato dekorowane - oczywiście zdobienia widać tam, gdzie dach się nie zawalił pod popiołami.
Szczegóły, które się zachowały pomimo upływu lat nadal zadziwiają. Kolejnym cudem są zachowane freski. W tym roku pominęliśmy Villa dei Misteri - najbardziej spektakularny przykład zachowanych fresków, ale trafiliśmy też na inny dom, w którym zachowało się dużo ściennych malowideł.
Zdjęć starczy mi jeszcze na jeden wpis, ale to już jutro. Dziś stanęliśmy na stell platzu w Orvieto - wszystkie miejsca są zajęte, choć najwięcej jest Włochów. Nic dziwnego, jest weekend to pora na wycieczki. Jutro przeskok do Ligurii, na 2-3 dni, a potem trochę Francji.



































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz